„Jak za starych, dobrych czasów...”

Tytuł właściwie mówi wszystko. Koncert TSA, z którego właśnie wróciłem, był pełen energii, tej dobrej, pozytywnej, z której zespół zawsze słynął. Marek Piekarczyk i spółka (niestety bez chorego Stefana Machela) dali, krótko mówiąc, ognia. Zagrali właściwie wszystko, na co czekała publika. Mnie osobiście zabrakło „Heavy metal world”, ale poza tym – prawdziwy koncert życzeń. Było „51” (które wywołało u mnie ogromne wzruszenie i „ciarę”), „Alien”, „Mass media”, „Trzy zapałki”, mój ukochany „Maratończyk”, że wymienię tylko kilka z brzegu. Pozazdrościć należy panom kondycji, zwłaszcza wokalista była na scenie wszędobylski. I to z taką energią...Nie chcę grzebać w metryce, ale Piekarczyk mógłby być spokojnie ojcem sporej części publiczności. Choć zauważyć można było bardzo dużo znajomych, dawno nie widzianych twarzy, ludzi, którzy też już mają swoje dzieci i, mam nadzieję, uczą je słuchania takich gigantów rocka. A publiczność generalnie dopisała. I to do tego stopnia, że zabrakło biletów i kilku nieszczęśników musiała obejść się smakiem. I tu mała pretensja do organizatorów. Ja naprawdę rozumiem względy bezpieczeństwa, ale należy być bardziej elastycznym. Na sali było jeszcze naprawdę sporo miejsca, a bez biletów została garstka ludzi, która spokojnie by się zmieściła...
No, ale wracam do koncertu. Pycha! Brzmienie całkiem znośne, jak na akustykę naszego MDK-u, Andrzej Nowak wycinał przepiękne solówki, no i w ogóle święto Muzyki pełną gębą! Zabawy gitarowe, dialogi Nowak – Piekarczyk („Kocica”!), bardzo pewna sekcja rytmiczna. Kilkanaście lat wspólnego grania aż biło po uszach. Ja uwielbiam tego typu, pozytywnie pojęte „wyjadactwo”. Stare wygi w wielkiej formie! Oby więcej takich koncertów. Frekwencja i świetna zabawa pokazała, że turkowska publiczność jest głodna tego typu wydarzeń i można na nią liczyć.
Timmy










