poniedziałek 19 sierpnia 2019

Emilii, Julinana, Konstancji

reklama

Czy Jacek z Turku zostanie największym imprezowiczem stolicy?

Czy Jacek z Turku zostanie największym imprezowiczem stolicy? - foto: prywatne archiwum Jacka Bystrego
foto: prywatne archiwum Jacka Bystrego 

Czy rodząc i wychowując się w małym mieście można zrobić ogólnokrajową karierę? O to, jak trudne bywają początki samorealizacji pytaliśmy Jacka Bystrego, stylistę fryzur, który zyskuje popularność nie tylko dzięki zawodowemu fryzjerstwu. Jacek urodził się w Turku, obecnie jednak mieszka w Krakowie, gdzie otworzył swój pierwszy zakład fryzjerski. Stylista nie zerwał więzów z naszym miastem, otwierając tu swój salon "Pracownia Fryzur". Obecnie jednak o Jacku zrobiło się głośno dzięki jego udziałowi w nowym sezonie kontrowersyjnego reality show. Czy turkowianin ma szansę zdobyć miano najlepszego imprezowicza stolicy?

Ciężka praca miarą sukcesu

Weronika Wojciechowska: Od czego wszystko się zaczęło? Jak wyglądała droga Twojej zawodowej kariery?

reklama

Jacek Bystry: Droga do miejsca, w którym się obecnie znajduję nie była łatwa. Urodziłem się w Turku, ale już w wieku 17 lat opuściłem to miasto. Najpierw przeprowadziłem się do Kalisza, a później do Krakowa, gdzie otworzyłem swój pierwszy salon. Fryzjerstwem zainteresowałem się dość wcześnie. Zaimponowała mi moja koleżanka, która otworzyła własny zakład. Mając 13, może 14 lat, przychodziłem do niej i podpatrywałem, jak ona zajmuje się klientami i jak prowadzi swoją firmę. Kariera fryzjerska to wyłącznie mój wybór. Do wszystkiego doszedłem sam, nie otrzymywałem żadnej pomocy finansowej od rodziny czy znajomych, więc prowadzenie dwóch salonów to efekt mojej ciężkiej pracy.

WW: Jaki wpływ na to, co robiłeś mieli Twoi bliscy?

JB: Pochodzę z wielodzietnej rodziny. Bliscy raczej zawsze starali się mnie wspierać. Nikt nigdy mi niczego nie narzucał, mogłem sam podejmować decyzje o tym, czym chcę się zajmować w przyszłości.

reklama

WW: W Turku nie ma takich perspektyw, jak w Krakowie. Czy to, że wychowywałeś się w małym mieście, w jakiś sposób utrudniało Ci zrobienie kariery?

JB: Od 9 lat mieszkam w Krakowie i tu również wcale nie było łatwiej. Może samo otworzenie zakładu i jego utrzymanie było nieco łatwiejsze niż w Turku. Jednak Kraków to nie Warszawa. Wcześniej wyjeżdżałem do stolicy sporadycznie, teraz jestem tam dość często i widzę, że tam jest dużo więcej perspektyw. Myślę, że wpływ na karierę mają w większości odpowiednie kontakty i znajomi, z którymi je utrzymujemy. Według mnie to jest ważniejsze od miejsca urodzenia.

WW: Tobie te kontakty udało się zdobyć i obracasz się w towarzystwie specjalistów w dziedzinie fryzjerstwa?
JB: To prawda. Swoje umiejętności rozwijałem pod okiem takich fryzjerów, jak Andrzej Wierzbicki i Tomasz Schmidt, brałem udział w ich szkoleniach. Obecnie współpracuje z Maciejem Maniewskim, który moim zdaniem powinien zostać patronem każdego rozpoczynającego przygodę w zawodzie fryzjera.

Nowy uczestnik kontrowersyjnego reality show

WW: Wiem, że wziąłeś udział w „Warsaw Shore Summer Camp 3”, programie rozrywkowym wzbudzającym wiele kontrowersji. Skąd pomysł na uczestnictwo w reality show?

JB: Zaczęło się od tego, że zaprosiłem do swojego salonu Ewelinę, dziewczynę, która właśnie dzięki „Warsaw Shore” stała się rozpoznawalna na ulicy. Ewelinę poznałem jakieś kilka lat temu w Poznaniu. Spotkaliśmy się w restauracji i od tego czasu utrzymujemy kontakt. Imprezowaliśmy trochę i to właśnie ona, po przyjeździe do Turku, namawiała mnie do wzięcia udziału w castingu do programu. Stwierdziłem, że nic nie zaszkodzi, jeśli wyślę tam swoje zgłoszenie. Tak też zrobiłem, a po otrzymaniu odpowiedzi, pojechałem na spotkanie, opowiedziałem o sobie i okazało się, że się dostałem.

WW: Czym trzeba się wyróżniać, żeby się tam dostać? Gotowość do codziennego balowania? Jak to wyglądało w Twoim przypadku?

JB: Przede wszystkim nie można być nudnym. Należy wyróżniać się ciekawą, barwną osobowością, ale wcale nie trzeba być ciągłym imprezowiczem. Wiadomo, żeby być w „Warsaw Shore” dobrą zabawę wypada mieć we krwi. Jednak, jeśli o mnie chodzi, to ja na co dzień jestem zupełnie spokojną osobą. Muszę być zorganizowany i ułożony, bo w przeciwnym razie nie mógłbym prowadzić salonu fryzjerskiego. W ciągu tygodnia nie mam czasu chodzić na imprezy, gdyż praca pochłania mi większość dnia. Natomiast w weekendy często można mnie spotkać w klubach, lubię w wolnym czasie trochę poimprezować.

WW: Twój udział w programie ma służyć jakiemuś większemu celowi?

JB: To była spontanicznie podjęta decyzja, bardziej traktuję to jako przygodę. Wcześniej nawet nie oglądałem żadnego sezonu, więc nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać, co mogę wynieść z programu. A wyniosłem na pewno bardzo dużo energii, pomimo tego, że wiele jej się tam traci na imprezy i picie alkoholu.

WW: Otwarcie przyznajesz się do bycia biseksualistą. Jak Twoja orientacja seksualna wpłynęła na udział w reality show? Jak została przyjęta przez pozostałych uczestników?

JB: Nie było żadnego problemu z przyjęciem mojej orientacji. Od razu czułem się tam, jak wśród swoich ludzi. Nie było żadnej dyskryminacji. Myślę, że człowieka poznaje się po tym, jaką jest osobą, jaki ma charakter, a nie po tym jaką ma orientację seksualną. Tak jak wspominałem w wywiadzie do Newsweeka ja nie chodzę z tabliczką „jestem biseksualny”. W „Warsaw Shore” przede wszystkim można mnie poznać, jako człowieka zabawnego, lubiącego dobre imprezy i pełnego energii.

WW: Odmienność orientacji seksualnej często wywołuje falę niczym nieusprawiedliwionej krytyki. Szczególnie w małych miasteczkach. Jak to wyglądało w Turku? Czy kiedykolwiek spotkałeś się z jakimiś nieprzyjemnościami?

JB: W wieku 17 lat zorientowałem się, że moja orientacja nie jest zaszufladkowana. Zauważyłem, że zaczynam zwracać uwagę na chłopców, ale nigdy nie miałem w związku z tym żadnych nieprzyjemności. Sam dziwię się, że nie byłem obiektem dyskryminacji. Mam znajomych w dużych miastach, którzy są wytykani palcami i wyzywani na ulicy. Dlatego tym bardziej jestem zaskoczony, że w Turku takie sytuacje nie miały miejsca. Ubieram się dość odważnie, eksperymentuje z włosami od nastoletnich czasów. Nikt nigdy nie zwracał na to większej uwagi, może poza nauczycielami. Nawet moja mama nie miała z tym problemu, ona od zawsze wiedziała, że będę fryzjerem i pozwala mi się w taki sposób spełniać.

WW: Jaka jest reakcja rodziny i znajomych na Twój udział w „Warsaw Shore”? Oglądasz swoje poczynania w programie razem z nimi?

JB: Nie mieszkam z rodziną, nie mam z nimi kontaktu na co dzień, ale myślę, że oni oglądają. Sam nie oglądam, ale większość moich znajomych zdaje mi relacje z odcinków, dostaję od nich mnóstwo wiadomości. Nawet osoby, z którymi z jakiegoś powodu zerwałem kontakt, nagle mnie zauważają, chcąc odbudować relacje.

WW: Dzięki „Warsaw Shore” czujesz się bardziej rozpoznawalny?

JB: Trudno powiedzieć, czy jestem bardziej rozpoznawalny. Na pewno więcej osób kojarzy mnie z programem, szczególnie na imprezach, gdzie większość już wie kim jestem.

WW: Co planujesz po zakończeniu programu?

JB: Chcę zorganizować ponowne otwarcie mojego salonu fryzjerskiego w Krakowie. Musiałem go niestety tymczasowo zamknąć, ze względu na brak czasu, który pochłoną program. Po prostu dalej chcę kontynuować to, co robię teraz.

WW: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Weronika Wojciechowska

Podobne artykuły

Komentarze ()

Komentując korzystasz z narzędzia Facebooka. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników. Aby zgłosić naruszenie - kliknij w link "Zgłoś Facebookowi" przy wybranym poście. Regulamin i zasady obowiązujące na Facebooku znajdują się pod adresem https://www.facebook.com/policies

reklama
reklama
reklama