sobota 26 września 2020

Cypriana, Justyny, Łucji

reklama

Kult Wyklętych dzieli turkowian

Kult Wyklętych dzieli turkowian
 

Na samym wstępie chciałbym zaznaczyć, że sprawa tzw. Żołnierzy Wyklętych sama w sobie nigdy nie była dla mnie tematem zainteresowań. Coroczną wymianę poglądów, która na naszym lokalnym podwórku dotyczyła przede wszystkim działalności oddziału „Groźnego”, zwyczajnie ignorowałem. Uważałem, że w żaden sposób dyskusja o czasach końca II wojny światowej nie wzbogacała mojego spojrzenia na rzeczywistość teraźniejszą. „W czym dopomoże mi płacz nad żołnierzami z dawnych czasów, kiedy waży się przyszłość mojego pokolenia, a poniekąd i całego społeczeństwa?” myślałem.

Wyklęci atakują zza grobów

reklama

To, jak straszny z mojej strony był to błąd, uświadomiłem sobie dopiero w ubiegłym roku. Bo nagle dzień „Żołnierzy Wyklętych” zamienił się w cały tydzień, a narzucana nam zewsząd narracja stała się niebezpiecznym narzędziem w rękach polskich prawicowych ekstremistów. W marcu 2016 roku poczułem się zupełnie nieprzygotowany, aby przyjąć tak bardzo zmasowany atak tej tzw. „patriotycznej” narracji. W mediach co chwila przewijali się „Wyklęci”, a i na naszym lokalnym podwórku dyskusja nadal trwa w najlepsze.

To zjawisko potwierdza, że złowrogie widmo, krążące od kilku lat nad Europą, zatacza coraz szersze kręgi. A teraz, być może jeszcze niezbyt wyraźnie, wyziera z tekstów pisanych przez osoby nazywające siebie „jedynymi prawdziwymi patriotami”.

Na konkretnych przypadkach z przeszłości skupiać się w tym tekście nie chcę. Po fakty odsyłam do publikacji nadesłanej przez pana Pawła Janickiego, który to od lat przeciwstawia się uproszczonemu obrazowi czasów końca II wojny światowej w Polsce, z roku na rok coraz intensywniej nam serwowanego.

reklama

Naród z kompleksem męczennika

Zanim jednak do tego dojdę, chciałbym przypomnieć, że jednym z kompleksów naszego społeczeństwa jest nieumiejętność radzenia sobie ze swoimi historycznymi niepowodzeniami. Nie jesteśmy w stanie na chłodno wyciągać wniosków z tragicznych wydarzeń z przeszłości (co pozwoliłoby nam uniknąć ich w przyszłości), a wszelkie porażki na siłę uznajemy za wyraz narodowej odwagi, na którą nigdy nie byłoby stać inne nacje.

Na naszym historycznym koncie mamy szereg nieudanych (nieudolnych i niepotrzebnych) powstań, a tzw. demokracja i wolność szlachecka przedstawiana jest za szczyt ówczesnej organizacji politycznej państwa, choć rządy "Sarmatów" sprowadziły Polskę do roli państwa peryferyjnego (a w konsekwencji doprowadziła do rozbiorów), itd. Jednak w szkołach uczy się nas przede wszystkim o heroicznych czynach, a nie o ich tragicznych ich konsekwencjach na przestrzeni czasu. A my z uporem powtarzamy te same błędy, które popełniali nasi przodkowie i cały czas nie widzimy, że nosimy te same brudne i zniszczone buciory historii.

Bo czym innym jest poznawanie faktów historycznych, analizowanie ich pod względem przyczyn i następstw, i w tym kontekście ich ocenianie. Zupełnie różni się to od przedstawiania wybranych wydarzeń jako reguły, a następnie utrwalanie tego obrazu w celu osiągnięcia konkretnego celu politycznego. Zamiast dyskutować o przyczynach oraz skutkach odmowy wykonania rozkazu zakończenia działań militarnych przez żołnierzy AK, prawicowi historycy przedstawiają ich wszystkich, bez wyjątku, jako bohaterów. Niestety, rzeczywistość zawsze jest o wiele bardziej skomplikowana od wygodnych w danym czasie narracji. A jako że nie mamy na co dzień czasu, aby drążyć temat w poszukiwaniu faktów, mniej lub bardziej świadomie akceptujemy ten obraz. I właśnie to jest w tym wszystkim niezwykle niebezpieczne.

Po co prawicy kult Wyklętych?

Wywoływanie poczucia dumy i budowanie wiary w niezłomność Żołnierzy Wyklętych to iluzja, która ma zasłonić obraz źle funkcjonującego państwa. Temu właśnie sprzeciwia się Adrian Zandberg z Partii Razem, mówiąc mi w wywiadzie przeprowadzonym w styczniu u.r., że ludziom należy się godność na co dzień, a nie od święta. „Ludzie nie marzą o tym, żeby stawiać kolejne pomniki. Ludzie marzą o tym, żeby mieć życiową stabilność i wspólnotę, która nie zostawi ich w potrzebie. Musimy odzyskać to poczucie dumy z demokratycznej wspólnoty, w której jest miejsce dla wszystkich, i która nikogo nie zostawia bez pomocy.” - mówił wtedy Zandberg.

Obawiam się (a nie są to obawy nieuzasadnione), że przy okazji uprawiania kultu żołnierzy niezłomnych próbuje się wskrzesić nowego-starego wroga „Prawdziwych Polaków” – Żydo-komucha, który od zawsze winny jest wszystkich naszych narodowych i osobistych porażek.

I z tej właśnie perspektywy powinnyśmy patrzeć na historię niektórych z wywyższanych ŻW, którzy wybielani są z morderstw dokonanych na cywilach, kobietach i dzieciach. Polakach, cywilach, zabitych tylko za to, że byli pochodzenia żydowskiego lub/i należeli do partii komunistycznej.

Drugim dnem tego całego kultu jest dążenie do odczłowieczenia swojego przeciwnika, człowieka o innych poglądach, z którym nie potrafimy dyskutować (bo jesteśmy zwyczajnie niedouczeni, nieoczytani lub intelektualnie leniwi). A takiego właśnie nie-człowieka (socjalisty, lewaka, geja, komucha, Żyda, itd.) już nie jest trudno poniżyć i hejtować. Przypomina to proces treningu wojskowego, gdzie dzień po dniu żołnierzowi wbija się do głowy, że nie będzie on strzelał do drugiego człowieka, ale do „celu”, „masy” itp. Bo tak o swojej potencjalnej ofierze ma on właśnie myśleć – jak o przedmiocie.

Obawiam się też, że wszystko zmierza ku temu, że każdego, kto będzie śmiał publicznie dyskutować o faktach na temat ŻW lub otwarcie krytykować ludzi opiewających działania ŻW będzie określało się mianem lewaka/komucha/Żyda. A z narracji o Żołnierzach Wyklętych wynika co z takim właśnie lewakami trzeba zrobić.

Czas porzucić karabiny

Jako podsumowanie pozwolę sobie zamieścić fragment książki „Zajeździmy Kobyłę Historii” Karola Modzelewskiego, jednego z wybitniejszych opozycjonistów czasów PRL. „Środowisku historyków [na Uniwersytecie Warszawskim – przyp. M.D.] ton nadawali profesorowie znakomici, ale bezpartyjni, którzy w latach okupacji związani byli z tajnym uniwersytetem oraz Biurem Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej […]. W 1945 r. zamienili oni powstańcze opaski na profesorskie togi, by pod rządami komunistów odbudować i zachować w przyzwoitym stanie struktury polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Niekwestionowany przywódca tego środowiska Tadeusz Manteuffel oznajmił kategorycznie Aleksandrowi Gieysztorowi, który zamierzał przystąpić do komendy WiN: «Teraz nie będziemy robić żadnej partyzantki, tylko Uniwersytet».”

Według Modzelewskiego władze Polski Ludowej przyjęły wówczas ten wybór z ulgą, a profesorowie zachowując swoją autonomię i swobodę myśli badawczej, mogli kształcić przyszłych opozycjonistów i krytyków systemu. Nie pisząc już ani słowa więcej, pozostawię Czytelników z powyższym fragmentem do przemyślenia.

Marcin Derucki

Podobne artykuły

Listy do redakcji: Gaz i OZE gwarantami...

Listy do redakcji: Gaz i OZE gwarantami...

8 wrz.
Listy do redakcji: Podwyżki dla posłów to żart,...

Listy do redakcji: Podwyżki dla posłów to żart,...

22 sierp.
Listy do redakcji: Skończcie z tą nagonką na...

Listy do redakcji: Skończcie z tą nagonką na...

21 sierp.
reklama
reklama
reklama